|
|

Nawiasem mówiąc nie tylko dlatego, że
będzie skakał. Spadochroniarze walczą nieco inaczej niż klasyczne "zające",
czyli piechota, zwana u nas wojskami zmechanizowanymi. Ten żołnierz musi
być wyjątkowo odporny na trudy, wytrzymały i mocny psychicznie. Podstawowymi
wadami fizycznymi, jakie eliminują kandydata na skoczka są: krótki wzrost
lub dalekowidzenie oraz daltonizm, wszelkie wady słuchu, wrodzone lub nabyte,
wady kręgosłupa, płaskostopie, a także zbyt niskie lub zbyt wysokie ciśnienie.
Nie może to być też gość ogólnie cherlawy o małej pojemności płuc i z niewyrobionymi
mięśniami. Uchodzi to od biedy w "zającach", ale nie w desancie. Podczas
badań chłopcy muszą zaliczyć test z ogólnorozwojówki - bieganie na czas,
skok w dal, podnoszenie ciężarka, pewną normę pompek i skrętoskłonów i
muszą w tym wypaść przynajmniej dobrze, czyli otrzymać klasyczną szkolną
"czwórkę". Minimum "czwórkę".
O przyjęciu do desantu nie ma co marzyć
ktoś, kto miał jakiś poważny wypadek i porządnie się połamał. W grę wchodzą
urazy kręgosłupa, złamania kości udowych czy miednicy, wszelkie poważne
uszkodzenia stawów kolanowych lub skokowych, a także kości czaszki. Lekarze
dokładnie wypytują o przebyte w dzieciństwie choroby i z marzeniami o skakaniu
może się pożegnać ten, kto miał zapalenie opon mózgowych, wirusowe zapalenie
wątroby lub podobną poważną chorobę.
Nie bez znaczenia, a kto wie, czy nie
najważniejsza, jest opinia psychologa. Rzecz nie tylko w pozytywnym wyniku
testów psychomotorycznych, chociaż wymagany jest błyskawiczny refleks i
umiejętność podejmowania szybkiej decyzji, ale także w badaniu poziomu
inteligencji. Jeśli jest on tylko przeciętny, kandydat nie ma szans. Tak
samo kiedy badania wykażą mikrouszkodzenia mózgu. Może to bowiem, choć
nie musi, spowodować w przyszłości różne psychiczne zaburzenia.
Zaliczenie tych badań nie jest jednak
równoznaczne z dopuszczeniem do skakania zaraz po przekroczeniu bramy wymarzonej
jednostki. Wymarzonej, bo do desantu nie ciągną na siłę. Niby idzie się
z poboru, ale trzeba to zgłosić komisji.
W "Czerwonych Beretach" dobrze wiedzą,
że najwięksi twardziele z cywila nie raz pękali, zanim jeszcze instruktor
przypiął im spadochron. Niekoniecznie ze strachu. Wielu nie wytrzymało
podstawowego szkolenia naziemnego.
Ostro tam dają w cztery litery i właśnie
po to, żeby jeszcze wzmocnić tych silnych i wyłapać słabszych.
Ale też w wojsku nie ma cudów - po pewnym
czasie mało kto czuje się słaby. Na unitarce równolegle idą ćwiczenia ogólnokondycyjne
i teoria. Teoria skoków, oczywiście. Podczas wzmacniania kondycji, szczególny
nacisk kładzie się na nogi, bo to podczas skakania jedna z ważniejszych
części ciała.
Metoda jest prosta jak świński ogon -
bieganie, bieganie, bieganie i skakanie. Ale to ostatnie nie ma wiele wspólnego
ze skokami spadochronowymi. Zwykły "zając" na zaprawie powinien przebiec
2-3 kilometry. Norma dla "Czerwonego Bereta" wynosi pięć. Każdego poranka,
zaraz po pobudce i bez względu na pogodę. Na zaprawie biega się w ubiorze
sportowym. Po zaprawie biega się w mundurze zwanym tu U-eS (Ubiór Skoczka).
Ponadto spadochroniarze biegają też w ubraniach zimowych i z pełnym oporządzeniem.
Zasobnik, czyli spadochroniarski plecak, waży nieco ponad 20 kilogramów
-dla porównania plecak żołnierza wojsk zmechanizowanych -16,4 kg.
Ćwiczeniem na wzmacnianie wiązadeł stawowych
w stawach biodrowych, kolanowych i skokowych jest właśnie skakanie. Jest
to monotonny i można powiedzieć prymitywny trening, który rozpoczyna się
zeskakiwaniem - zawsze na proste nogi ze zwykłego taboretu. Uzupełniają
go przysiady. Później stopniowo zwiększa się wysokość, tak że po niedługim
czasie chłopcy lądują na nogi z dwumetrowego muru.
Wyższym etapem jest przejście na trenażery.
Ale temu musi towarzyszyć przerabianie teorii. Bez niej nie ma mowy o przypinaniu
spadochronu.
Dlaczego są takie ważne, co obejmują
i na czym polegają ćwiczenia na trenażerach? To będzie tematem kolejnego
odcinka.