Wietnam

Wywiad z

Weteranem

Wojny Wietnamskiej

 
wywiad przeprowadził: Szakal

Autor w odwiedzinach u Mike'a na Florydzie.
22 07 2003


11th Armored Cavalry Regiment

Szakal: Jak dostałeś swój bilet do Wietnamu?
 
 
Mike Cavalera, Vietnam Veteran: Miałem dokładnie 19 lat i trzy miesiące kiedy dostałem "kartkę z Pozdrowieniami", chcieli mnie wciągnąć do wojska. To był listopad 1966. Spędziłem większość czasu trenując w wojskach pancernych, jednak mój MOS (Military Occupation Speciality (Przydział Specjalności Wojskowej) to piechota. Mając 9 miesięcy do końca służby, przysłali mi rozkazy wyjazdu do Wietnamu. Moi rodzice bardzo się martwili. Mnie było w sumie wszystko jedno, ale pociągała mnie przygoda. Poprosiłem wtedy o zmianę mojego MOS w przeznaczeniu do czego zawsze byłem szkolony. Zgodzili się. Jednak nie uzyskałem przydziału tak długo, jak długo byłem w strefie przejściowej. Po jakimś czasie zostałem wysłany do 11th Armored Cavalry Regiment. Nigdy przedtem nie słyszałem o tej jednostce, ale szybko przekonałem się, że była to jedna z najlepszych jednostek wojskowych. Wróg się nas naprawdę bał. Kto nie widział to nie wie. Siła ognia była niewiarygodna. Podczas ostrzału Wietnamczyków widzieliśmy dosłownie zapadającą się dżunglę przed nami.
.


Szakal: Chciałeś tam jechać? Walczyć za Południowy Wietnam?

VietVet: Byłem młodym chłopakiem żyjącym w dużym mieście, czerpiącym radość z życia. Nie chciałem opuszczać tego wszystkiego, by jechać tam gdzie ludzie chcą mnie zabić, nie byłem zainteresowany by zabijać ich. Zmienia się wszystko kiedy już tam jesteś.
 

Szakal: Jak dobrze przygotowany byłeś do misji zagranicą? Czy twoje szkolenie wojskowe było wystarczające?

VietVet: Nie uważam by można być przygotowanym na wojnę. Byłem dobrze przeszkolony z bronioznastwa i sprzętu, ale tam wiele rzeczy trzeba było się nauczyć, na przykład bytowania w środowisku w którym przyjdzie ci walczyć. Robiliśmy także wioski na wzór tych w Vietnamie, mimo, że nie były doskonałe do walki ale zawsze to coś.

Znając swego wroga... Muszę powiedzieć, że nie rozumiałem go ani sposobu w jaki żył. Zapach Wietnamu jest nieporównywalny do innych miejsc w których byłem. Ciała zabitych leżały na ulicach przez miesiące. Codziennie koło nich przejeżdżaliśmy, więc widzieliśmy proces ich rozkładu. Ciała zabitych puchły, wydając smród nie do zniesienia . Dla nas było to nie do pomyślenia... ale, prawdopodobnie bali się bycia oskarżonym o związki z zabitym, czy wylecenia w powietrze na zaminowanym trupie. Bardzo denerwujące były monsuny. Przez cały czas byłeś mokry, nie widziałeś na odległość kilku stóp. Błoto przyklejało się do ubrania i butów. Wchodziło dosłownie wszędzie. Druga sprawa to okres suszy. Czerwony pył przykrywał żołnierza od stóp do głów. Bardzo ciężko jest utrzymać higienę w tych warunkach.
Po okresie przejściowym i wysłaniu do 11th Cav, nauczyłem się, że bycie kierowcą APC (Armored Personal Carrier - transporter opancerzony) nie było dobrym pomysłem. Kierowca mógł być zabity całkiem szybko z powodu miny lub granatu z RPG. Oczywiście pierwszą rzeczą o którą pytali to praca kierowcy. Początkowo zgodziłem się, ale jedna doświadczona osoba odradziła i odwiodła mnie od tych zamiarów. Nie trzeba było długo czekać, aż sam przekonałem się dlaczego.
 


Szakal: Jakie były pierwsze chwile w Wietnamie? Co właściwie robiła 11th ACR?

VietVet: Przez pierwsze parę miesięcy ochranialiśmy drogi, co lubiłem gdyż mogliśmy porozmawiać z lokalnymi Wietnamczykami. To było zaraz po Tet w '68. 

Pierwsze kontakty z wrogiem to głównie miny lub strzelanie do niewidzialnego wroga. Innym razem zasadzali się na nas z RPG-ami i uciekali. Zabijaliśmy kilku tu i tam. Były przypadki, że łapaliśmy ich odpoczywających lub zupełnie bez straży, no i płacili wysoką za to cenę. Znali potęgę naszego ognia i nie wchodzili nam w drogę. Przynajmniej przez większość czasu. Bywały chwile w dżungli kiedy byliśmy nieźle wystraszeni. Jako jednostka pancerna byliśmy bardzo głośni, więc wróg miał masę czasu by przygotować cokolwiek chciał. Jedyną rzeczą, której byliśmy pewni to siła ognia i garść dzielnych młodych chłopaków. Utykaliśmy i rzucaliśmy track'i (track - m113). To było złe, gdyż potem musiałeś takiego track'a ściągnąć i naprawiać. Nie łatwe kiedy jesteś w dżungli, stajesz się wtedy dobrym celem, a wszystkie APC oraz czołgi grzęzną w ciasnym terenie.
11th Cav miała szeroką strefę operacyjną. Działaliśmy na drogach i w dżungli. Nawet Sajgon miał zaszczyt nas widywać. Większość czasu byliśmy w terenie. Jedyny moment w którym szło się do obozu to R&R (rest and recreation - „wypoczynek i rozrywka) lub powrót do domu. 
 
 
Szakal: Jak wyglądał Twój odział?
 
 
VietVet: Mieliśmy trzy karabiny maszynowe. Dowódca track'a używał 50 cal., za nim było dwóch celowniczych z M-60-tkami. Gdy trzeba było pełnej mocy, mieliśmy granatniki M-79 pomiędzy dwoma M-60. Mieliśmy ekstremalną siłę ognia. Kosiliśmy dżunglę. By uniknąć śmierci, kiedy najechaliśmy na minę lub gdy zostaliśmy trafieni z RPG, siedzieliśmy na górze track'a. Tylko wtedy, kiedy nawiązałeś kontakt zeskakiwałeś na nogi. Wróg (NVA- Wietkong) mógł dostać się do nas dwoma sposobami: minami oraz RPG. W taki sposób straciłem nogę. 
 
 
Szakal: Jak do tego doszło?
 
 
VietVet: To był środek nocy, właśnie przyjmowaliśmy ogień snajperów. Byliśmy w sile kompanii, a  pułkownik zaczął się wkurzać. Zdecydował by ruszyć całą kompanią w kompletnych ciemnościach prosto na ogień snajperski. Właśnie mieliśmy nowego LT (porucznik - przyp. autor), który nie wiele wiedział o walce i starał się robić wrażenie, że wie co robi. To była dopiero jego druga noc w Wietnamie. Chciał ładnie wyglądać przed kapitanem i pułkownikiem, co z pewnością liczyło się w jego karierze. Był bardzo zapracowany upewniając się, że każdy track jest tam gdzie powinien, ale zapomniał o nas. Zapomniał o swoim własnym tracku zaraz za linią drzew. Byłem wkurzony. Zwykle siedziałem przy .50 cal - jako TC (track commander - dowódca track'a), ale tym razem zajmowałem stanowisko umiejscowione zaraz za .50 po lewej stronie, z zainstalowanym karabinem maszynowym m60. Przeczuwałem, że coś się może wydarzyć. Stanąłem i zaraz potem oślepił mnie jasny biały błysk! Granat RPG uderzył w prawy bok APC, roztopił pancerz jak masło i eksplodował w środku urywając mi nogę. Podciągnąłem się na rękach i wypełznąłem jak szybko mogłem z pojazdu. Strzelanina trwała kilka minut. Gdy wszystko ucichło, moi ludzie znaleźli mnie 10 metrów od pojazdu.

 

 

Przeczołgałem się do małego rowu, który wydawał mi się dobrą osłoną. Wybuch urwał innemu strzelcowi lewą nogę, a mnie prawą. Wszyscy inni dostali odłamkami metalu w różne części ciała. Obaj zostaliśmy ewakuowani do najbliższego szpitala polowego, gdzie dokończono amputację nogi. W całej kompanii, tej nocy tylko my byliśmy tak poważnie trafieni. Mogłem wtedy zauważyć uciekającego wroga, który strzelał z RPG. Tamtej nocy jednak wymknęli się. Zostaliśmy wysłani do Stanów i spędziliśmy kolejny rok w Valley Army Hospital, Pa. Pamiętam, że zostałem wysłany do Wietnamu z 9 miesiącami do końca służby, a ranny zostałem gdy miałem 30 dni do końca. Uczynili mnie kaleką na zawsze.
 

  Purple Heart

To prawda, że nie obchodziłem ich dopóki nie skończyłem swej służby. Zrobiłem to i wtedy musieli mnie wysłać na emeryturę. Tak więc, jestem oficjalnie emerytowany z Armii od 1969. Jeszcze na długo przed wypadkiem mój stosunek do tego wszystkiego bardzo się zmienił. Tam w sztabach nie zależało im na zwykłym żołnierzu. Takie było nasze odczucie. Po pewnym czasie nie chodziło już o wykonywanie zadań, ale zwykłe przeżycie. Mój przyjaciel Bobby Vasquez dostał możliwość przeniesienia poza strefę walk dzięki znajomemu w sztabie. Kilkakrotnie starałem się o to samo. Po prostu wiedziałem, że jak zostanę tu jeszcze chwilę, to wydarzy się coś niedobrego. Kilka dni później straciłem nogę.

 

Bobby Vasquez i Mike Cavalera



Szakal: Czy pamiętasz swoją najtrudniejszą misję w Vietnamie?

VietVet:  Jedne z najcięższych chwil w bitwie to te kiedy szturmowaliśmy znany nam bastion wroga. Byliśmy powiadomieni o możliwym kontakcie. Ruszyliśmy w sile kompanii w wyznaczoną strefę. Wielkość kompanii to 21 APC oraz 3 czołgi. Znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni pól ryżowych, mając ogromną linię drzew przed nami. Gdy ruszyliśmy w kierunku tej gęstości, człowiek obok mnie, George Long, siedzący z granatnikiem M-79, został trafiony w szyję. Do dziś nie wiem, czy była to pułapka na drzewie czy zrobił to snajper, ale usłyszałem świst kuli, która go trafiła. George upadł na stalową podłogę track'a mocno krwawiąc. Zeskoczyłem do środka by mu pomóc, ale za każdym razem kiedy naciskałem jego serce, krew coraz bardziej wypływała z szyi. Walka rozszalała i nie mogłem zostać tam z przyjacielem. Gdy strzelałem z mojego M-60 w kierunku drzew, track zaczął wkopywać się w pole ryżowe. Dowódca track'a wstał by naprowadzić kierowcę i został trafiony kulą, która spowodowała, że wypadł z track'a na ziemię. Przejąłem dowodzenie i wszedłem na miejsce 50 cal. Nakazałem drugiemu strzelcowi by zabrał naszego rannego człowieka. Zdecydowaliśmy by zebrać naszych ludzi na tyle track'a i wycofać się w samo centrum perymetru ("perimeter" - obrona okrężna) gdzie znajdowała się reszta naszych rannych. Walka trwała cały dzień. To był ten jeden z kilku razy kiedy Wietnamczycy stanęli do walki. George nie żył. Po całodziennej bitwie wszyscy byli cholernie zmęczeni. Wszyscy prócz mnie zasnęli. Byłem całkowicie zdenerwowany tym faktem. Przez całą noc stałem na straży. Wypatrzyłem naprzeciw mnie, z mojej starlight-scope (przyrząd optyczny, korzystający ze światła gwiazd do wzmocnienia obrazu, niestety nie działał w całkowitych ciemnościach, noktowizor pierwszej generacji - przyp. autora) 6 postaci idących w moim kierunku. Zapytałem przez radio czy mamy swoich na tym terenie. Powiedziano mi, że nie powinniśmy mieć tam żadnych naszych ludzi oraz bym czekał i obserwował. Nadchodzili, chowając się za pagórkami, które znajdowały się na polach ryżowych. Zdałem sobie sprawę, że nasi ludzie tak by się nie zachowywali. Musieli widzieć nasze pojazdy.. ale nie jestem pewien czy widzieli mnie.. W końcu wystrzeliłem flarę i otworzyłem ogień. Pomyliłem kolejność, bo najpierw trzeba strzelać.. ale to już wtedy i tak nie miało znaczenia. Nagle wszystkie track'i otworzyły ogień w ich kierunku. Byli całkowicie przybici do ziemi. Przez całą noc samoloty zrzucały flary, które oświetlały teren. Przyszpililiśmy ich do chwili pojawienia się światła dziennego, kiedy zdecydowanie łatwiej jest działać. Krzyczałem do nich by się poddali, a do swoich by wstrzymali ogień. To był chaos, brak kontroli nad sytuacją. Kilku żółtkow chciało się poddać, ale ich dowódca tego nie chciał i gdy tamci szli w naszym kierunku z rękami w górze, on otworzył w naszym kierunku ogień z jego Ak-47. Wtedy nasi ludzie znowu zaczęli strzelać w ich kierunku. Każdy z Wietnamczyków miał kilka kul w ciele. Paru z nich wysłaliśmy, jeszcze żywych, helikopterami do szpitala. Nie wiem czy przeżyli. 

Jeszcze innym razem, który mam właśnie przed oczyma to wtedy gdy ruszaliśmy w sile kompanii do jednej z głównych dróg, myślę, że to była hwy 1, ale to nie ma znaczenia. Poruszaliśmy się szybko ponieważ byliśmy w drodze na pomoc innej jednostce, która znajdowała się w kłopotach. Wtedy niespodziewanie, po wkroczeniu na plantację drzewek kauczukowych wróg pojawił się z każdej strony, uciekając i ukrywając się w znanych mu miejscach. Mój track był ostatni, więc byłem najbardziej narażony na ostrzał. Dowódca wrzeszczał bym się pośpieszył, ale ja przekazałem przez radio, że nie mogę się ruszyć bo nie mam takiej możliwości. Musiałem odpowiedzieć ogniem. Mój track wykonał zwrot w kierunku wroga. Miałem kilku przede mną, próbujących ukryć się za drzewami kauczukowymi. Wyczuwali piekło i zaczęli machać białą szmatą. Machnąłem im by wyszli i poddali się. Gdy byłem skupiony na nich, pojawiło się kilku innych po mojej prawej, których do tego momentu wcale nie widziałem. Wystrzelili granat z RPG i trafili pod mój 50 cal., co pokryło tylko górę track'a płomieniami. Wszyscy myśleli, że dostaliśmy, track zaczął się palić. Zdziwiłbyś się jak bardzo zaskoczony był wróg. Wielu z nich zostało zabitych i wielu uciekło. Miałem szczęście tamtym razem i dało mi to lekcję na przyszłość. Gdyby granat eksplodował urwał by mnie w połowie. To były jedne z lepszych bitew w których uczestniczyłem. Mogłem zobaczyć tych skurczybyków.

 
 

Szakal: Czego bali się żołnierze?

VietVet: Najstraszniejsze chwile w dżungli spowodowane były jej gęstością oraz możliwością patrzenia na odległość nie większą niż kilka stóp. Wróg był dobry w zakładaniu pułapek. Prócz bania się, byłem przerażony by umrzeć postrzelony w głowę. To był mój strach, inni ludzie mieli swoje własne. Jednak czułem się bezpiecznie z całym tym zapleczem ogniowym jakim dysponowaliśmy. Lecz Charlie (Wietnamczycy, w jezyku kodowym VC -  "VietCong", brzmial Victor Charlie - przyp. autora) nigdy nie przyszliby do nas atakiem frontalnym. Zasadzali się i uciekali. Charlie nauczyli się, że jedyny sposób by nas dorwać to używanie min i RPG. Więc zacząłem się ich bać. Nauczyliśmy się po pewnym czasie przeczuwać sytuację. Że, coś wisi w powietrzu. Zdradzało to zachowanie ludności. Drobiazgi. Zawsze chętne do zabawy dzieciaki, nagle rozpływały się w powietrzu. Wszystko pustoszało. Sam stosunek do nas był często znakiem. Były także miłe chwile...





Szakal: Na przykład?

VietVet: Poznałem kilku naprawdę niesamowitych ludzi w czasie służby. Oczywiście zawsze znajdą się tacy, którzy dadzą ci popalić... Ale przez większość czasu byli wspaniali. Gdy walczysz ramię w ramię z tymi chłopakami, stajecie się rodziną, braćmi. Zależycie od siebie na sytuacje życia i śmierci. Nie możesz być bliżej. Ciągle trzymam kontakt z częścią nich. Niektórzy zniknęli w tym czasie....


Szakal: A co z Agent Orange? 

VietVet: No właśnie... Wielu z nich doświadczyło problemów zdrowotnych poprzez Agent Orange i inne chemikalia trujące weteranów i ich dzieci. Tam walka toczyła się codziennie. Jednak rząd do dziś nie pomógł tym ludziom.
 

Szakal: Czy armia wyposażała swoich żołnierzy w „"Death cards"?

VietVet: Nie było upoważnienia by kłaść „Death Cards” na zabitym żółtku. Ale wiele jednostek miało własne karty śmierci ze swoim logo, tak by wróg wiedział kto ich dopadł.
 

Szakal: Co mówiło się o masakrze w My Lai? Co myślisz o Lt Calley'u?

VietVet: Lt Calley był kolejnym facetem w tej wojnie, który nie wytrzymał psychicznie.

Całkowicie rozumiem jak do tego mogło dojść i jestem zaskoczony, że to nie działo się częściej. Była to wielka afera tu, w USA. Nie byłem świadomy tego, póki nie wróciłem do domu. Wiedz, że wiek większości chłopaków wtedy to 19 lat. Oficerowie byli tylko parę lat starsi od poborowych. Byliśmy wszyscy dzieciakami. Kiedy walczysz i tracisz swoich przyjaciół, stajesz się wściekły, kiedy wróg dobiera się do ciebie każdego dnia minami, pułapkami, strzela z ukrycia, a nigdy nie stanie do walki. Stajesz się bardzo sfrustrowany i pragniesz pozabijać ich wszystkich. 
 


Szakal: Powrót do domu...
 
 
VietVet: Powróciłem do domu w samolocie szpitalnym z wszystkimi rannymi na pokładzie. Kiedy wylądowaliśmy w New Jersey, moja rodzina już tam czekała by przywitać mnie. Przewieziono mnie wtedy autobusem do Valley Forge Army Hospital, Pa.
Inni wracali sami lub z kilkoma innymi powracającymi do domu weteranami. Słyszałem od nich historie od których człowiek robił się chory. 
 
 
Szakal: Jak traktowano was po powrocie do domu?
 
 
VietVet: Ludzie, którzy wysłali nas tam, zostali traktowani przez opinię publiczną tak samo jak nas traktowano. W ich umysłach byliśmy czymś w rodzaju chorych psychicznie morderców. To się nie zmieniło. Wszystko jest teraz w porządku. Można powiedzieć, że wojna była zła i nawet protestować przeciw niej, ale nie można traktować nas żołnierzy źle, za to co rząd nie zrobił czy zrobił. Ci sami ludzie, którzy nienawidzili nas za uczestnictwo w wojnie i wykonywanie poleceń, są dziś ludźmi, którzy trzymają i kontrolują zasługi weteranów wojny wietnamskiej.
 
 
Szakal: Czy wierzysz, że w Wietnamie nadal są POWs ( Prisoner of War - jeńcy - przyp. autora)?
 
 
VietVet: Był czas kiedy wierzyłem, że tam ciągle są nasi, lecz zbyt wiele lat upłynęło od wojny. Jeśli jeszcze byli tam kiedyś, to prawdopodobnie już nie żyją. Jednak jestem skłonny uwierzyć, że kilku może być nadal więzionych. Przynajmniej, mam dla nich nadzieję. Musisz wiedzieć, że z Północnej Korei powracają jeńcy, którzy dziś mają po 80 lat. Zawsze jest jakaś nadzieja.

 

Szakal: Który z filmów o Vietnamie najbardziej Ci się podobał?

VietVet: „Full Metal Jacket” to był bardzo dobry film. Opowiadał historię o młodych ludziach wstępujących do Marines by wytrenować ich do walki. Jedne z najcięższych treningów mieli Marines. Reszta jednostek nie była tak ciężka, póki nie wstąpiłeś do sił specjalnych lub desantu. Bardzo podobał mi się także Forest Gump.  
 

Szakal: I jeszcze jedno ostatnie pytanie. Czego lubiliście słuchać w Vietnamie?

VietVet: Piosenki, które lubiliśmy to “We got to get out of this place," "Run through the jungle," "Soldger Boy," "Whiter shade of pale," "Paint it black," "House of the rising sun."
 

Szakal: Dziękuję za rozmowę.

 


 

Copyright (C) by SZAKAL
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Photos (C) VietVet
Floryda 2004



http://www.greendevils.pl/