W planach miałem
przejście górskiego wąwozu. Przejście tą trasą znacznie skracało mi drogę
w dotarciu do górskich oaz przy granicy z Algierią. Nie wspominając, że
było to wyzwanie dla mnie.
Było wcześnie rano.
Spotkani
Arabowie mocno pukali się w dekiel i kręcili palcem przy czole dając mi
do zrozumienia, że jestem czubem idąc sam przez Atlas. A tak przy okazji,
czy to nie ciekawe, że znak czyjejś głupoty jest tak znany i uniwersalny?
mowa o kręceniu palcem na czole. Trochę się zmarszczyłem, no ale co mnie
tam jacyś Arabowie będą straszyć. My Polacy nie takie rzeczy przechodziliśmy,
no nie? Nie przestraszył mnie nawet jakiś tubylec, który powiedział po
francusku, że będę kolejnym pieprzonym turystą, który stamtąd nie wrócił.
Fakt,
że oficjalne statystyki z poprzedniego roku mówiły, że w jednym tylko z
rejonów Sahary zginęło 43 turystów. A ilu zginęło nieoficjalnie? O tym
statystyki milczą...
Uparłem się i na przekór całemu światu i cholernym statystykom poszedłem
przed siebie. W stronę Atlasu. Zanim dotarłem do linii kolejowej, szedłem
siedem godzin odcinek, który miał 5 kilometrów...
Musiałem omijać wadis, pokonywać je, targając 15-litrowy kanister z wodą
(zapas na przejście Atlasu), wór ze sprzętem i dodatkowym zapasem wody.
No i taszcząc plecak o wadze około 15 kilogramów. Trochę sporo.
Nieraz
pode mną otwierała się kilkumetrowa przepaść wadi. Gdybym szedł nocą niechybnie
fiknąłbym kozła na dno takiego wąwozu i skręcił kark.
W pewnej
chwili przechodziłem koło suchego krzaczka, która lekko mnie podrapał.
Normalna rzecz. Nawet się nie przyjrzałem zadrapaniom. Po kilku minutach
poczułem, że mam lepkie palce. No tak, cała dłoń we krwi. Takie temperatury
i taki klimat powoduje niestety to, że nawet najmniejsze skaleczenie bardzo
trudno się goi. Z tego też względu ograniczyłem golenie. Musiałem swoją
dłoń obandażować, bo plaster nie wystarczył na zasłonięcie tych śmiesznych
zadrapań.
Przed południem
dotarłem do podnóży gór. Z płaskiej, kamienistej pustyni wyrastały na wysokość
kilkuset metrów jak gigantyczna ściana. Jak ja to chciałem przejść? Chyba
przelecieć na latawcu. Tunele to jedyna droga, panowie tubylcy. Bez straszenia
więcej proszę.
Znalazłem
linię kolejową i postanowiłem zrobić sobie dłuższy postój. Było już południe
i czas był najwyższy przeczekać mordercze uderzenie gorąca. Czekało mnie
jeszcze wiele kilometrów marszu wzdłuż linii kolejowej i wiele tuneli po
drodze, gdzie tory znikały jak w kosmicznej czarnej dziurze.
Spotkany
Arab, który opiekował się kolejowymi urządzeniami technicznymi, zwrotnicami
etc., obsługującymi linię kolejową powiedział mi po francusku, że przed
mną jest dziewięć tuneli, niektóre po kilometr i więcej długości,
a w każdym z nich "małe zoo".
Nie za
bardzo wiedziałem o co mu chodzi, ale Arab nie chciał powiedzieć nic bliżej.
Dodał, że jak dojdę do pierwszego tunelu, to zrozumiem. Tubylec powiedział
coś jeszcze: na kilkudziesięciu kilometrach nie spotkam nikogo poza mijanymi
pociągami. Nie znajdę też żadnego miejsca, gdzie uzupełnię wodę. Płynie
co prawda przez góry strumień, ale jest on zanieczyszczony substancjami
z kopalni fosfatów. Te szczegóły trochę mnie zaniepokoiły. Gotów już byłem
zawrócić. Ten zapas wody, który już się trochę uszczuplił, mógł mi rzeczywiście
nie wystarczyć. Ale pomyślałem, że lepiej żałować, że się coś zrobiło,
niż za parę lat żałować, że się tego nie zrobiło. Abdul Jakiśtam przestrzegł
mnie też, że tunele wykute są tylko na szerokość pociągu, a w tunelach
co 40 metrów wykute są na przemian w ścianach nisze na głębokość jednego
człowieka. Poprosiłem go, żeby narysował mi plan trasy, co skwapliwie uczynił.
Na koniec spotkania podprowadził mnie do drewnianego składziku tuż przy
torach przy którym się spotkaliśmy. Wskazał mi na kran i powiedział, że
mogę sobie uzupełnić wodę i się napić. Głupio mi było wyciągać filtr i
pić przez niego wodę. Mógłby się poczuć urażony, a co najmniej uznałby
mnie za dziwaka. Był to jeden z dwóch przypadków, kiedy na pustyni piłem
nieoczyszczoną wodę. Czy właśnie wtedy mogłem się zatruć? Jak się zatrułem
i jakie były tego konsekwencje, opowiem kiedy indziej
Informacje
technika kolejowego nie brzmiały zachęcająco i uspokajająco. Mijane pociągi
z fosfatem, każdy po co najmniej 50 wagonów, jeździły to w jedną to w drugą
stronę, zupełnie jak tramwaje, zresztą na tak samo wąskim jak tramwajowy
torze. Rosjanie mają szerokie, a Arabowie wąskie tory, a Polska normalne?
Zastanawiając się nad tak prozaicznym problemem poszedłem po dalsze przygody.
Obliczyłem
średni czas przejścia przez kilometrowy tunel, częstotliwość kursowania
pociągów i doszedłem do wniosku, że powinienem się zmieścić w czasie.
Wlokłem się niemiłosiernie zmęczony wędrówką przez pustynię i żarem z nieba,
mimo popołudniowej godziny. Zastanawiałem się, czy nie iść po torach w
nocy. Ale mimo bardzo pozytywnego akcentu, jakim był brak jeżdżących pociągów
w nocy (tak do końca nie byłem tego pewien, ale tak zrozumiałem technika
kolejowego), uznałem że będzie lepiej i bezpieczniej jak pokonam tę trasę
w dzień. Poza tym musiałbym czekać. A do nocy było jeszcze sporo godzin.
O wskoczeniu
do pędzącego jak szalony pociągu nie było mowy.
Dotarłem wreszcie
solidnie spocony do pierwszego tunelu i zrozumiałem, jakie "małe zoo" siedzi
w każdym z długich, wyciętych w skale, kolejowych dróg.
Przed
tunelem bowiem leżały porozjeżdżane węże i żmije...
Przejechane
przez pociąg zapewne w przedśmiertnych skurczach kierowały się do światła.
Tunel dawał cień i wytchnienie zwierzętom od piekła, jakim jest palące
prawie pionowo z góry słońce. Może też dawał im pożywienie...
Czy tunele
zamieszkiwały tylko te gady? Skąd niby mam to wiedzieć?
Nie było
sensu się wycofywać. Ja raczej nigdy nie zawracam. A przynajmniej staram
się nie zawracać. Szkoda poświęconego wysiłku. Zaczekałem aż przejedzie
pociąg nie chcąc natknąć się na niego w tunelu. W końcu ten nadjechał wylatując
z łoskotem z tunelu jak wściekły smok, którego obudził jakiś intruz. Nie
muszę pisać, że poczułem się właśnie takim intruzem. Każdy wagon po brzegi
wyładowany był fosfatami. Za chwilę miałem fosfaty w oczach, w uszach i
między zębami. Później, kiedy wróciłem do kraju, z zegarka wysypywałem
piasek Sahary i... pył fosfatów.
Przeszedłem
sporo kilometrów pokonując z obawą kilka tuneli. Faktycznie były bardzo
wąskie i w każdym były nisze, wykute na przemian co 40 metrów. Wszystko
się zgadzało. Każda nisza miała nie więcej niż 50 cm głębokości. Czasem
mniej. Niewiele miejsca zostawało na oddech... Na wszelki wypadek notowałem
w pamięci, po której stronie była kolejna mijana nisza. Korzystałem przy
tym z małej diodowej latarki, jakiej używają m.in. piloci amerykańskich
śmigłowców wojskowych. Sprytne to urządzenie nakłada się na palec jak pierścionek,
a sama latarka ma wielkość grubego flamastra (nie tak dawno skradziono
mi tą latarkę w Polsce, czego nie mogę sobie darować). W kolejny tunel
wkroczyłem zaraz za wjeżdżającym pociągiem. Miałem więc sporo czasu. Według
obliczeń jeździły one minimum co 20 minut, ale zdarzyło się, że pociągu
nie widziałem przez godzinę. Traciłem więc mnóstwo czasu czekając na smoka.
Jak zwykle
przed ciemnym otworem tunelu natknąłem się na porozjeżdżane węże i żmije.
Tłuste gady nie wyglądały na roślinożerne. Najgrubszy miał ponad 4 centymetry
średnicy. Znalazłem tylko połowę bez głowy. Sęk w tym, że połowa miała
prawie 70 centymetrów długości...
Głowa
widać odpełzła... Co to był za wąż, a może żmija? Nie wiem. Może żmija
piaskowa? Ale w górach? W każdym bądź razie na pewno 100% niebezpieczna,
jak każde co długie i pełza po Saharze.
Parę dni
wcześniej pewien Arab pokazywał mi swój najlepszy smakołyk przyniesiony
z gór Atlasu. Była to mała, nitkowata żmija zamknięta w słoiku z brudną
wodą. Tak samo brudną, jak ten Arab.
Ta mała,
nitkowata żmija, wyglądająca jak długa glista, zabijała w sekundę. Nie
wiem czemu, ale kojarzyła mi się z Ósmym Pasażerem Nostromo.
Szedłem szybko przez tunel.
Na tyle szybko, na ile pozwalał mi mój bagaż. Idąc tunelem miałem czasem
wrażenie jakbym szedł po chrupiących ciasteczkach. Znacie ten tekst z "Indiany
Jones'a - cz.II"? Wolałem nie świecić pod nogi...
A tunel,
jak poprzednie, zakręcał czasem łagodnie to w lewo, to w prawo. Nie widać
więc było jego końca, a światło mojej diodowej latarki nie rozświetlało
dostatecznie dobrze przestrzeni przede mną. Nauczony tym doświadczeniem
używam teraz supermocnej, a jednocześnie bardzo małej latarki taktycznej
Sure-Fire. Niech się chowają różne Maglite. Ta mała latarka daje kilka
razy mocniejsze światło od długiej na 30-cm latarki Maglite z 6 bateriami
R20. Czy można się wobec tego dziwić, że Sure-Fire używają najlepsze w
świecie jednostki specjalne? Fakt, że trzeba też zdrowo zapłacić za ten
luksus. W przypadku takich wypraw jak ta którą opisuję, zabieranie czegokolwiek
drogiego i luksusowego jest zbyteczne i niewskazane. Trzeba być w każdej
chwili gotowym, by bez żalu w sytuacji krytycznej rozstać się ze zbędnym
sprzętem, którego traci się właściwie bezpowrotnie. Najważniejsza jest
umiejętność improwizowania, która daje większą satysfakcję, wygodę (i oszczędność
pieniędzy) niż kolekcja drogich, a nie zawsze potrzebnych gadżetów.
Ale wróćmy
do wędrówki przez tunel.
Tunel
zaczynał się kończyć, bo słychać już było szum strumienia, o wyglądzie
i przejrzystości kawy z mlekiem.
Zastanowiło
mnie jednak to, że ciemności nie rozjaśnia z przodu światło, jak wtedy,
gdy kończy się tunel.
Fakt,
że był jeszcze przede mną zakręt, ale wtedy woda nie szumiałaby coraz głośniej
i głośniej...
Stanąłem.
Woda szumiała
coraz głośniej.
Dlaczego
tunel rozjaśnia się z tyłu, a nie z przodu?
A dlaczego
tunel rozjaśnia się t r z e m a s z y b k o zbliżającymi
się światłami?!
O kurrrr...!!!
Dałem
całą naprzód. Wiedziałem w ułamku sekundy, że teraz moje marne życie może
zależeć od tego jak szybko znajdę niszę wykutą w ścianie tunelu. Przeklinałem,
że nie zapamiętałem z której strony była ostatnia! Kanister z wodą rzuciłem
w biegu pod ścianę z lewej strony. Rzucając miałem nadzieję, że pociąg
nie zahaczy o mój "strategiczny" kilkunastolitrowy zapas wody. Nadzieja,
jak szybko się urodziła, tak szybko umarła. Wśród narastającego łoskotu,
usłyszałem, jak kanister pęka od uderzenia w skałę. Wyrzuciłem pod ścianę
z prawej strony zasobnik z "taktycznym" zapasem 5 litrów wody, żarciem
i sprzętem biwakowym, który na szczęście miałem luźno umieszczony na plecaku.
Z nim daleko bym nie pobiegł. Jeszcze tylko ten cholerny plecak! Zdejmuj
go szybciej człowieku! Na karku oddech smoka...
Zostało
jeszcze znaleźć niszę. Po której stronie mijałem ostatnią? Nie musiałem
już używać latarki. W tunelu zrobiło się bardzo jasno.
Pobiłem
wtedy rekord świata w biegu po torach z plecakiem na skracającym się dystansie.
Plecaka nie mogłem zdjąć. Miałem nadzieję, że zmieszczę się z nim w niszy.
Biegłem podrygując na podkładach kolejowych, jedną ręką trzymając się kapelusz
na głowie.
Nie traciłem
czasu na myślenie o tym, że Arabowie mnie zobaczą i zatrzymają pociąg.
Oni prowadzili pociągi w tunelu raczej nie patrząc uważnie na to, co dzieje
się przed stalowym potworem ważącym ponad 1000 ton, albo i więcej. To inni
mieli uważać na pociąg. Chyba normalne, prawda?
Zresztą
pociąg nawet jakby się zatrzymał, to przejechałby z kilometr od miejsca,
gdzie przypominałbym dżem owocowy niskosłodzony rozsmarowany na podkładach
kolejowych.
Albo muchę
rozgniecioną na podłodze. Lub człowieczka z zestawu klocków Lego przed
złożeniem.
Albo wielkiego
komara z plecakiem z rozczapierzonymi kończynami przyklejonego do przodu
lokomotywy.
Inna sprawa,
czy pociąg w ogóle by się zatrzymał...
Ja tu się rozgadałem, a to co teraz opowiadam nie trwało dłużej niż przeczytanie
pięciu ostatnich zdań.
Dopadłem
niszy z prawej strony tunelu wciskając się tam z plecakiem, którego nie
było jak się pozbyć. Głową docisnąłem Stetsona do skały, plecami mój plecak.
Nie darowałbym sobie, gdybym stracił swój kapelusz Indiany Jonesa. Wszystko
inne, ale nie kapelusz. No, może woda bardziej się liczyła niż kapelusz...
Nie wiem,
czy zrobiłem jeden oddech, czy więcej zanim stalowa błyskawica mnie dopadła.
Mignęły mi przed oczami światła lokomotywy, w twarz uderzył pęd powietrza
i smród spalin Diesla. Miałem wrażenie, że przejeżdżający pociąg utnie
mi twarz.
Nie widziałem,
ale miałem wrażenie, że wagony migają mi przed oczami centymetry ode mnie.
Gdybym tylko lekko wychylił się z niszy, pęd powietrza wyrwałby mnie stamtąd
jak liść porwany z chodnika przez przejeżdżającą ciężarówkę. Mijały wieki,
a pociąg gnał jak tysiąctonowa kula bilardowa!
Siatkówka
oka w końcu zarejestrowała czerwone światełka końca pociągu.
Teraz
dopiero odczułem, że stałem w niszy na bezdechu. Poczułem też, że coś mi
łazi po szyi.
I po twarzy.
Po rękach
i za kołnierzem.
Zdyszany
brakiem powietrza poświeciłem latarką.
Siedziały
na mnie całe kolekcje różnych pajęczaków z potężnymi szczękoczułkami, krocionogów,
chrząszczy o długich jak palec czułkach i stada robali, tłustych i grubych
jak bateria R6...
Chwila minęła zanim pozbyłem się ze swojej skórzanej kurtki tych chrupiących
ciasteczek.
Dygotałem
na skutek gwałtownego skoku adrenaliny i przeżytego szoku. Przypomniałem
sobie o wodzie i klamotach, które w oszalałym pędzie po życie porzuciłem
na torach.
Kanister
zbierałem przez kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie go odrzuciłem.
Sam nie
wiem po co go zbierałem. Wywaliłem zaraz jego szczątki pod ścianę. Miałem
zapasowy, ale pusty, złożony w plecaku. Ostatni kawałek był przy niszy,
która mnie ocaliła. Kanister zahaczył więc o pociąg. Albo to pociąg zahaczył
o kanister. Mniejsza o to.
Ekwipunek
z pięcioma litrami wody szczęśliwie ocalał. W plecaku miałem jeszcze jeden.
Żałowałem, że nie mogłem wcześniej bardziej rozdzielić wody.
Niewiele
to było, jak na wiele kilometrów marszu przez górzystą pustynię.
Wodę mogłem
uzupełnić cholera wie kiedy. O filtrowaniu wody zanieczyszczonej fosfatami,
można było zapomnieć.
Dzień później
przyszło mi zapłacić za przegrzanie organizmu i jego odwodnienie.
|