
Jest to bardo popularna i nieźle umotywowana teoria o przyczynach wypadku Scorpiona. Jednak podobnie jak we wszystkich innych można tu znaleźć tyle samo "za" jak i "przeciw". Samo określenie "gorąca jazda w wyrzutni" ("hot run torpedo in tube") oznacza wypadek, podczas którego, z jakichś przyczyn, dochodzi do samorzutnego uruchomienia silnika napędowego torpedy, podczas kiedy znajduje się ona w niezalalnej wodą wyrzutni. W takim wypadku może dojść do zapalenia części torpedy, a w następstwie do detonacji lub właściwie gwałtownego spalania (detonacyjnego) głowicy bojowej. Jest to naturalnie bardzo niebezpieczne dla okrętu, jako że torpeda znajduje się wówczas wewnątrz kadłuba. Pewną odmianą "hot run" jest uruchomienie się silnika w wyrzutni zalanej, ale przed wypchnięciem torpedy na zewnątrz. Do niedawna była to chyba jedna z najgroźniejszych awarii jakie mogły spotkać okręt podwodny, ponieważ prawie nieuchronnie musiała spowodować uderzenie pocisku zapalnikiem o zamkniętą pokrywę wyrzutni, co zazwyczaj powodowało wybuch głowicy. Obecnie torpedy okrętów podwodnych uzbrajają swoje bardziej wyrafinowane zapalniki w pewnej odległości od własnego okrętu. Jednym z podstawowych argumentów które przemawiają za możliwością wystąpienia takiej awarii jest to, iż takie wypadki zdarzały się już wcześniej. Natomiast bardzo poważnym argumentem przeciwko jest fakt, że kadłub okretu nie nosi (widać to również na zdjęciach) śladów uszkodzenia w rejonie wyrzutni torpedowych. Natomiast "gorąca jazda" mogła być tylko początkiem całego ciągu zdarzeń, opisanego poniżej. Ciekawą informacją jest iż Scorpion przeżył taką awarię w grudniu 1967 roku. Była to jednak torpeda ćwiczebna, bez głowicy bojowej, a załoga ograniczyła się do zalania jej wyrzutni. Okręt nie odniósł wówczas żadnych uszkodzeń.
Storpedował się sam ?
Była to pierwsza
oficjalnie wysunięta przyczyna, której przypisywano dużą dozę prawdopodobieństwa.
Według tej teorii możliwe jest, iż okręt musiał, lub w celach treningowych
chciał i wystrzelił torpedę, której wadliwa głowica samonaprowadzająca
omyłkowo zalokowała się na najbliższym (lub jedynym) celu którym była jednostka
ktora ją odpaliła. Jeżeli chodzi o celowy strzał treningowy, to jest to
bardzo mało prawdopodobne. Po pierwsze nie zachował się, żaden dokument
który zlecałby wykonanie takiego zadania, po drugie okręt nie wykonuje
takich strzelań z głowicą bojową (chyba, że do specjalnego celu), a poza
tym robi się to zazwyczaj na poligonie - gdzie wystrzelona torpeda może
być wyłowiona lub unieszkodliwiona, jeżeli była uzbrojona i nie trafiła
w cel. W grę wchodzi więc strzał przymusowy, spowodowany naturalnie "gorącą
jazdą w wyrzutni". Najpewniejszym bowiem sposobem pozbycia się (bo naprawa,
lub "przeczekanie" były dosyć ryzykowne) torpedy która "ożyła" w wyrzutni,
było jej wypchnięcie z wyrzutni przy użyciu normalnego systemu startowego
- czyli sprężonym powietrzem. Jednak Navy w swoich instrukcjach zakazywała
takiego postępowania, właśnie ze względu na niebezpieczeństwo jakie stwarzała
dla własnego i innych okrętów taka torpeda. Problem polegał bowiem na tym,
że taka torpeda która "oszalała" mogła mieć również uszkodzoną (np. wskutek
temperatury) głowicę naprowadzającą akustycznie, lub jej układy decyzyjne.
Niektóre używane
w owych czasach torpedy były niezbyt dopracowane i nawet kiedy strzał następował
całkowicie poprawnie, potrafiły naprowadzić się na swój własny okręt. Do
takich pocisków należała między innymi ciesząca się złą sławą torpeda Mk
37. Scorpion miał na pokładzie 14 torped typu Mk 37, siedem torped
Mk 14 i dwie torpedy Mk 45 Astor (z głowicami nuklearnymi). Teoria ta opiera
się na założeniu, iż po pierwsze przedział torpedowy jest najmniej uszkodzoną
częścią okrętu, po drugie zaś odrzuca on teorię mówiąca o storpedowaniu
przez inny okręt podwodny. Została ona dawno zarzucona przez większość
osób zajmujących się tą kwestią, chociaż według oficjalnych ustaleń nadal
wersję tę uznaje się za możliwą. Głównym kontrargumentem jest fakt, iż
wykluczono wybuch na zewnątrz okrętu (ale nie wiadomo na jakiej podstawie
- być może nieupublicznionych zdjęć wraku) jako przyczynę jego zatonięcia,
oraz fakt, że inne teorie mają również sporo argumentów przemawiających
na ich korzyść.
Naturalnie nie
można tu pominąć pewnego, jakby to nazwać, mistycznego faktu. Chodzi nam
oczywiście o nazwę jednostki, USS Scorpion. Niektórzy doszukują
się analogii pomiędzy samostorpedowaniem, a samobójczą śmiercią jaką, ponoć,
w chwili zagrożenia zadaje sobie skorpion...
Zapasowa - czyli "gorąca" torpeda
Jest to pewna
wariacja na temat pierwszej z omówionych teorii, czyli "gorącej jazdy"
torpedy w wyrzutni. Jest to teoria chyba najlepiej dopracowana i upubliczniona
(zrobili to S. Sontag i C. Drew w książce "Blind Man's Bluff: The Untold
Story of American Submarine Espionage"). Ponadto podparta jest nazwiskiem
jej autora - to nikt inny tylko profesor John P. Craven, człowiek który
odnalazł Scorpiona. Tym niemniej również ta bardzo dopracowana i
przemyślana hipoteza ma swoje słabe strony, co gorsza sam prof. Craven
wprowadził do niej element (fakt, że nie kluczowy), który budzi bardzo
wiele wątpliwości.
Otóż profesor
Craven podczas badania sygnałów dźwiękowych odebranych przez hydrofony
zainstalowane na Wyspach Kanaryjskich i w Argentii na Nowej Funlandii uznał,
że Scorpion tonął, płynąc w kierunku wschodnim. Jako, że okręt zmierzał
z okolic Cieśniny Gibraltarskiej do Norfolk, powinien iść kursem na zachód.
Dlaczego dokładnie profesor John Craven doszedł do tego wniosku pozostanie
prawdopodobnie jego tajemnicą (nam nie udało się dotrzeć do tych przesłanek).
Natomiast na tej podstawie doszedł do bardzo daleko idących wniosków. Jednak
pierwsze ustalenie, jakie legło u podstaw jego teorii, nam przynajmniej,
wydaje się nieprawdziwe - co nie zmienia faktu, iż cała hipoteza może być
słuszna.
Otóż John Craven
chciał się dowiedzieć dlaczego okręt musiałby zmienić kurs, na przeciwny
o 180°. I z sobie tylko znanych przyczyn doszedł do wniosku, że jedynym
powodem dla którego taka sytuacja mogłaby zajść była konieczność przeciwdziałania
"gorącej torpedzie".
W tym momencie
trzeba wyjaśnić co to jest "gorąca torpeda". Otóż jest to sytuacja w której
następuje awaria zapasowej torpedy która znajduje się w przedziale torpedowym,
w specjalnej kołysce, przymocowana pasami lub obejmami. Taka awaria może
mieć różny przebieg - począwszy od startu silnika (torpedy Mk 37 miały
napęd elektryczny), aż do pożaru akumulatora. I prof. Craven sądzi, że
znalazł bardzo prawdopodobną przyczynę, dla której do pożaru akumulatora
mogłoby dojść, a taki wypadek mógłby mieć dla Scorpiona tragiczne
skutki. Otóż akumulator owej torpedy był aktywowany przez zalanie baterii
elektrolitem. Zalanie odbywało się dzięki przerwaniu bardzo cienkiej (0,0036
mm) folii, która miała pękać na skutek wstrząsu związanego z odpaleniem
torpedy. Podobno, ale tylko podobno, wczesne wersje tego akumulatora były
często wykonywane z niską jakością, i czasami przerwanie owej folii następowało
wskutek bardzo słabego wstrząsu lub wibracji. W wyniku takiego zdarzenia
wybuchał pożar, który mógł ogarnąć całą torpedę.
Niestety nikt
nie może przedstawić jakiegokolwiek pisemnego dowodu, iż faktycznie tak
było - są to tylko słowne oświadczenia byłych pracowników różnych instytucji
związanych z marynarką. Nie wiadomo dlaczego przypadkowe zalanie akumulatora
miałoby powodować jego pożar, podczas kiedy jego zalanie celowe do niczego
podobnego nie prowadziło... No i jeszcze jedno: profesor Craven uporczywie
twierdzi, iż w wypadku gdy w torpedzie zapasowej, następuje owo przypadkowe
zalanie akumulatora wybucha nie tylko pożar torpedy, ale również że jedyną
metodą zapobieżenia wybuchowi jest... gwałtowny skręt okrętu o 180°!!!
Twierdzi on, że fakt iż Scorpion leży skierowany dziobem na wschód
jest koronnym dowodem słusznoś ci jego teorii.
Tymczasem jednak
nie ma żadnego, najmniejszego nawet powodu, dla którego manewr owego zwrotu
miałby w czymkolwiek pomóc. Co więcej, w jednym z laboratoriów marynarki
wojennej przeprowadzono eksperyment: do zbiornika wody włożono model Scorpiona
i obserwowano w jaki sposób opadał. W każdej możliwej konfiguracji, z rozerwanym
czy też całym kadłubem, zawsze tonął poruszając się po spirali. Tak więc
fakt, iż okręt leży z dziobem skierowanym akurat w kierunku wschodnim jest
najwyraźniej całkowicie przypadkowy...
Ostatnim już
argumentem który przytacza się na poparcie opisanej teorii, to fakt, iż
kłopoty z torpedami Mk 37 faktycznie się zdarzały, a nawet, podobno na
pokładzie któregoś z okrętów (kiedy i jakiego ? nikt tego nie wie, nie
ma żadnych dokumentów które by to potwierdzały) zdarzył się przypadek owego
"pożaru od zalania akumulatora". Niestety profesor Craven, i autorzy wspomnianej
książki nie zwrócili uwagi na fakt, że żaden z nich do zatonięcia okrętu
nie doprowadził. Co gorsza, w dniu 14 czerwca 1960 roku na pokładzie USS
Sargo wybuchły (właściwie: spaliły się detonacyjnie - tak samo,
jak miało by to być na Scorpionie) aż dwie głowice torped Mk 37,
ale nie miało to związku z ich akumulatorami. Kadłub sztywny okrętu nie
doznał uszkodzeń i jednostka nie zatonęła - co prawda stała wówczas przy
nabrzeżu bazy w Pearl Harbour.
Wszystkiemu winni są Sowieci...
I w końcu dochodzimy
do teorii, która pomimo gwałtownych zaprzeczeń i przytaczanych dowodów
przewija się cały czas o chwili zatonięcia Scorpiona - otóż są ludzie
którzy twierdzą, że amerykański okręt zatonął w wyniku wrogiej akcji radzieckiej
jednostki podwodnej. Teoria ta została przez US Navy odrzucona już 27 maja
1968 roku - a więc w dniu w którym okręt uznano za zaginiony. Uczyniono
tak na podstawie meldunków wywiadu marynarki, z których pierwszy stwierdzał:
"nie ma żadnych dowodów na radzieckie przygotowania do konfliktu czy sytuacji
kryzysowej, jakie niewątpliwie miałyby miejsce, gdyby doszło do ataku z
premedytacją", a drugi: "w momencie tragedii w promieniu 200 mil od Scorpiona
nie przebywała żadna jednostka radziecka" - i są to mocne argumenty, niemniej
jednak nie rozwiewają one wszystkich wątpliwości. W dodatku zastanawia
skwapliwość z jaką "czynniki oficjalne" w USA przeszły nad tym do porządku
dziennego.
Pożywką dla
snucia takich właśnie hipotez jest bez wątpienia owa niejasność co do ostatniego
zadania okrętu, jak również informacje o incydentach do jakich dochodziło
na Morzu Śródziemnym podczas działań Scorpiona w ramach VI Floty
USA. No i jeszcze jedna, najbardziej chyba tajemnicza sprawa. Otóż początkowo
podano do wiadomości (być może były to tylko przecieki, niewykluczone,
że celowe) o tym, iż w niewielkiej odległości od wraku znaleziono... drugi
wrak "niewielkiego okrętu podwodnego" !!!
Po jakimś czasie
wyjaśniono, że ów wrak faktycznie tam leży, ale są to szczątki brytyjskiego
okrętu podwodnego, prawdopodobnie typu D, pochodzące z okresu I wojny światowej.
Jeszcze później "wyjaśniono", że to w ogóle nie jest żaden okręt podwodny
- tylko wrak małego statku handlowego... W jaki sposób ów kadłub mógł przejść
taką transformację, nikt nie pofatygował się wyjaśnić, nie pokazano również
żadnego zdjęcia owego wraku, dlatego też nie da się tych wątpliwości rozstrzygnąć
we własnym zakresie.
Dzięki owemu
wrakowi mogła powstać pewna wariacja na temat hipotezy obciążającej radziecki
okręt podwodny. W tej odmianie, dwa okręty, czyli Scorpion i niezidentyfikowany
okręt podwodny zniszczyły się wzajemnie. Jest nawet wersja która twierdzi,
że Scorpion użył w tym pojedynku torpedy Astor, z głowicą jądrową.
To jest całkiem ciekawe wyjaśnienie, ponieważ w takim wypadku, gdyby ładunek
nuklearny Astora wybuchł w niedużej odległości od własnego okrętu, doprowadziłby
do uszkodzeń których nie można przypisać trafieniu torpedą (podobno ich
nie stwierdzono), a zatopiłby go - lub nawet obie jednostki. W tym tłumaczeniu
są jednak dwa słabe punkty (pomijając oczywiście to, że obok Scorpiona
nie leży inny okręt podwodny): po pierwsze, nie zanotowano odgłosu
eksplozji nuklearnej w tym rejonie, a po drugie obie głowice Astorów zlikalizowano
we wraku.
Przynajmniej
tak twierdzi US Navy...
Jeżeli chodzi
o to, co wiadomo o radzieckich okrętach które zatonęły w owym czasie to
niestety trudno ustalić szczegóły. Oficjalnie, w tym roku nie zatonął żaden
radziecki okręt podwodny z napędem nuklearnym (w ogóle były 4 znane wypadki
tego typu). Natomiast według niepewnych informacji rosyjskich w 1968 roku
zaginął na Atlantyku okręt podwodny, prawdopodobnie o napędzie konwencjonalnym,
uzbrojony w broń nuklearną nieznanego rodzaju. Według tychże samych niepewnych
danych miał on zatonąć dosyć daleko od Scorpiona, bo na południowy
zachód od Islandii, a data dzienna wypadku jest nam nieznana. Poza owym
zagadkowyn okrętem, a także faktem, że w rejonie środkowego Atlantyku znajdowały
się jakieś zespoły radzieckie, oraz niejasnym charakterem ostatniego zadania
Scorpiona, nie ma już więcej przesłanek mogacych świadczyć za tą
teorią. Według informacji US Navy, kadłub okrętu nie nosi śladów mogących
świadczyć o tym, że jego uszkodzenia spowodował wybuch zewnętrzny, ani
śladów pożaru - co poniekąd oddala również hipotezę "samobójczą". Także
tej informacji nie można zweryfikować na podstawie dostępnych zdjęć.
To nie
musiała być torpeda
Ta teoria, podobnie
jak i następna, nie cieszy się z jakichś powodów nadmierym powodzeniem.
A jednak z różnych względów wydaje się nam, że eksplozja czegoś innego
niż torpeda może okazać się jednym z najlepszych wyjaśnień zagłady Scorpiona.
Jednym z powodów
dla których tak właśnie może być jest fakt, że częścią okrętu najbardziej
uszkodzoną, jest rejon przedziału dowodzenia. Na pokładzie okrętu podwodnego,
oprócz głowic bojowych torped są własciwie jeszcze dwie rzeczy które mogą
wybuchnąć z dostateczną siłą, aby zagrozić konstrukcji jednostki. Są to
akumulatory oraz zbiorniki z tlenem - które na okrętach typu Skipjack były
w większości umieszczone w rejonie przedziału dowodzenia. Jeżeli chodzi
o bardziej niebezpieczne akumulatory, to przyczyną ich wybuchu (dokładniej:
wybuchu ich przedziału) może być zalanie wodą. Kiedy woda morska dostanie
się do kwasowo - metalowych baterii akumulatorów zaczyna wydzielać się
w dużych ilościach trujący chlor, a przede wszystkim wodór. Tenże wodór
zmieszany w odpowiednim stężeniu z powietrzem tworzy mieszaninę wybuchową,
której siła eksplozji jest ogromna i z powodzeniem może ciężko uszkodzić
jednostkę.
Co do zbiorników
z tlenem to tutaj sprawa wygląda trochę inaczej. Otóż po pierwsze większość
z nich zmagazynowana jest na zewnątrz kadłuba - czyli pomiędzy kadłubem
lekkim a mocnym. Aby spowodować ich wybuch, potrzebne jest bardzo silne
uderzenie, lub wstrząc. Jednak ponieważ jak już wspomnieliśmy, zbiorniki
te są stosunkowo wrażliwe na uderzenia i wstrząsy, w związku z tym znajdują
się na zewnątrz kadłuba mocnego, a więc ich eksplozja powinna mieć dla
jednostki raczej umiarkowane skutki. Niewykluczone, że na pokładzie Scorpiona
doszło do zalalnia baterii (a dlaczego - o tym poniżej), eksplozji mieszaniny
wybuchowej wodoru z powietrzem, a w następstwie do eksplozji zbiorników
z tlenem, co pogłębiło niszcący efekt. Za hipotezą tą przemawia kadłub
rozerwany tam gdzie "powinien" gdyby do takich wypadków doszło, przy jednoczesnym
braku (według twierdzeń marynarki) śladów od eksplozji zewnętrznej.
Ofiara zwykłej awarii?
Jest to kolejna,
często lekceważona, ale bardzo interesująca, (głównie ze względu na sporą
ilość przesłanek które mogą ja potwierdzać), teoria przypisująca winę za
utratę Scorpiona niesprawności technicznej tego okrętu. Otóż w tym
momencie powracamy do kwestii jego stanu technicznego. Jak już wspomniano
Scorpion przeszedł krótko przed swoją ostatnią misją, okresowy remont
w, należącej do US Navy, stoczni Norfolk Naval Shipyard. Remont trwał od
1 lutego do 30 września 1967 roku, a więc przebywał tam dokładnie 8 miesięcy.
Według opinii wielu fachowców był to najkrótszy remont nuklearnego okrętu
podwodnego w historii. Ponadto koszty remontu były podobno 7 do 8 razy
niższe niż należało !! Dla porównania można zestawić ze sobą remonty Scorpiona
i tego samego typu okrętów USS Snook i USS Sculpin. A więc:
remont Snooka trwał 24 miesiące i kosztował 22,5 mln $, remont Sculpina
trwał 18 miesięcy i kosztował 24 mln $, a remont Scorpiona
trwał zaledwie 8 miesięcy i kosztował tylko 3,32 mln $. Takie zestawienie
daje wiele do myślenia. Wynikało to z faktu, iż w tym okresie Amerykanie
cierpieli na poważny brak myśliwskich okrętów podwodnych, te zaś jednostki
które istniały, spędzały bardzo dużo czasu w portach i stoczniach remontowych.
Na skutek tego procentowo ilość czasu spędzana przez te jednostki na morzu
była bardzo niska i oscylowała wokół 30, a nawet 20 %. Remont któremu poddano
Scorpiona, miał byc pierwszym (i niestety nie nie okazał się ostatnim)
remontem "eksperymentalnym" - tzn. znacznie krótszym i tańszym niż dotychczasowe,
a wiele prac miało być wykonane siłami załogi, już w morzu.
Ponadto na Scorpionie,
nie przeprowadzono (odłożono je na później) prac związanych z programem
usprawnień "SubSafe", wprowadzonym po katastrofie USS Tresher, okrętu
podwodnego który zatonął wraz z całą załogą w dniu 10 kwietnia 1963 roku,
na skutek pęknięcia spawu ma rurociągu doprowadzającym wodę zaburtową.
Scorpion był jednym z czterech amerykańskich okrętów podwodnych
na którym tego nie zrobiono.
Pomimo tych
wszystkich niedociągnięć US Navy, która nie przyznawała się zresztą do
nich, twierdziła początkowo, że okręt znajdował się w dobrym stanie technicznym
- natomiast załoga uważała, że jest wręcz przeciwnie.
Scorpion
miał być zresztą okrętem nękanym przez awarie, a jeden z członków załogi,
electrician's mate Dan Rogers odmówił udziału w rejsie, który okazał się
ostatnim. Dzisiaj twierdzi, że było to spowodowane jego wiedzą o bardzo
złym stanie technicznym okrętu. Jednak w jego prośbie o zmianę przydziału
nie ma o tym słowa, a Rogers twierdzi, że commander Slattery obiecał mu
przeniesienie na inną jednostkę jeżeli ze swego podania usunie krytykę
stanu jednostki. Inna krążąca wieść głosi, iż na okręcie regularnie zdarzały
się wycieki z rurociągów wody zaburtowej - podobno robotnicy znaleźli mnóstwo
wadliwych spawów, z których jednak tylko część naprawiono. Gdzieniegdzie
pojawia się również informacja o bardzo niepokojącej awarii jakiej ulec
miał Scorpion w okresie pomiędzy remontem, a wypłynięciem w ostatnią
misję - otóż kiedy jednostka płynęła z dużą prędkością pod wodą, w pewnym
momencie cały jej kadłub i wszystkie urządzenia miały wpaść w wibrację
o niezwykłej sile. Opisuje się je nawet jako "wywierające wrażenie jakby
okręt obracał się wokół własnej osi" (swoją drogą bardzo osobliwy opis).
Kolejną pogłoską, lub też "niepotwierdzoną informacją" jest fakt, iż podobno
Marynarka ograniczyła oficjalnie głębokość zanurzenia Scorpiona
do zaledwie 100 metrów.
Ani na ów przypadek
niezykłych wibracji, ani na ograniczenie głębokości nie ma w archiwach
dowodów - a może zostały utajnione, lub zniszczone?
Na bazie tych
między innymi informacji (może raczej "doniesień"?) bazuje między innymi
doktor Craven ze swoją teorią o pożarze zapasowej torpedy (np. owa niespodziewana,
a bardzo silna wibracja, mogłaby doprowadzić do przerwania wspomnianej
wyżej folii uruchamiając akumulator silnika torpedy). Również wielu dziennikarzy,
którzy podchodząc do sprawy bardziej ogólenie niż on, także oskarżyli administrację
wojskową o spowodowanie tragedii Scorpiona, na skutek zaniechania
koniecznych napraw i przegladów.
Inni natomiast
ludzie, zajmujący się sprawą Scorpiona, wysnuwają również nieco
bardziej szczegółowe wnioski próbuje przedstawić inne hipotezy, tłumaczące
przyczyny zatonięcia okrętu. Należy do nich np. wersja tłumacząca to zdarzenie
uszkodzeniu... wyrzutnika śmieci. Wbrew pozorom to urządzenie nie raz i
nie dwa bywało źródłem poważnych kłopotów nawet dla najbardziej nowoczesnych
okrętów podwodnych. W razie awarii tego niezbyt skomplikowanego urządzenia
łatwo mogło dojść do szybkiego zalania sporej części (a niewykluczone,
że i całego !!!) kadłuba okrętu, a w efekcie do, np. eksplozji baterii
elektrycznych. Naturalnie wyrzutnik śmieci stara się konstruować tak, aby
nie dopuścić do takich sytuacji - ale każda technika może jednak zawieść.
I CO Z TEGO WYNIKA ?
Niestety najbardziej uczciwa odpowiedź brzmi, że niewiele. Teorii jest mnogość, jedne z nich są lepiej, inne zaś gorzej udokumentowane. Tym niemniej próbując zgłębiać temat zatonięcia USS Scorpion, nie sposób oprzeć się silnemu wrażeniu, że w tej sprawie istnieje zbyt wiele tajemnic. Sa one nieźle ukryte, jakby schowane za półprawdami i informacjami "sprzedawanymi" przez ludzi którym wydaje się, że są dobrze poinformowani. Wiele informacji przedstawianych jest w sposób, który powoduje, że bierzemy je za pewne, sprawdzone i wiarygodne. Dopiero jednak bliższe zbadanie ujawnia, że to tylko kolejna teoria, sprzedawana przez zbyt lubiącego sensacyjne nagłówki dziennikarza lub człowieka niedoinformowanego, który sądzi, że wreszcie odnalazł rozwiązanie zagadki. Niemalże wszelkie kategoryczne stwierdzenia padające w sprawie Scorpiona można zupełnie śmiało między bajki włożyć. W tym świetle konstatacja US Navy, która brzmi: "USS Scorpion zatonął na skutek eksplozji do której doszło w rejonie przedziału dowodzenia i/lub torpedowego co spowodowało napełnienie się części kadłuba wodą, a w wyniku zanurzenie na głębokość większą niż mógł wytrzymać kadłub".
A reszta... ?
Reszta to wielka
tajemnica okrętu i jego załogi których szczątki spoczywają w wielkiej ciszy
i mroku głębin Oceanu Atlantyckiego, na dnie morza, które niechętnie pozwala
wydzierać swe tajemnice, zwłaszcza gdy pomagają mu w tym ludzie....