Piach Sahary

Green Devils Legion w Afryce


    Kolejna wyprawa trekkingowa członków GDL do Afryki Północnej była przygotowywana w warunkach, które nie sprzyjały zagranicznym wojażom. Szalejąca po świecie panika, wynikająca z epidemii SARS, zniechęcała większość podróżujących od lotów samolotem. Ponadto trwająca wojna w Iraku i podróż do kraju, który poparł w 1991 reżim Saddama Husajna sprawiała, że wyprawie Zielonych Diabłów groziły niespodziewane komplikacje.

Przygotowania

    Przygotowania trwały jak zwykle kilka miesięcy i polegały głównie na utrzymaniu właściwej kondycji fizycznej oraz uzupełnieniu brakującego sprzętu. Choć gdyby "rozkaz wyjazdu" GDL otrzymałby w przeddzień wyjazdu, to dla Zielonych Diabłów nie byłoby to żadnym problemem. Celem tej wyprawy na Saharę było przygotowanie przez najbardziej doświadczonych Zielonych Diabłów kolejnych tras wypraw trekkingowych, będących elementem szkolenia Green Devils Legion. Dodatkowym zadaniem, jakie otrzymały Zielone Diabły, było także przygotowanie miejsc pod kątem planowanej wyprawy nowej grupy rekonstrukcji historycznej "Scud Hunters" odtwarzającej oddział 22. Pułku SAS z okresu wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku. Grupie tej patronuje właśnie Green Devils Legion.

    Przed wyjazdem stałym elementem treningu były marsze kondycyjne przez wydmy Słowińskiego Parku Narodowego. To tu właśnie Afrika Korps testowała swój sprzęt oraz szkoliła niektóre swoje pododdziały przed wyjazdem do Afryki Północnej. Ostatni trening GDL odbył się zaledwie na 4 dni przed planowaną datą wyjazdu. Kwietniowa pogoda okazała się wyjątkowo nieprzychylna. Czterech Zielonych Diabłów, którzy już za kilka dni mieli stanąć na afrykańskim lądzie, musiało zmagać się z szalejącym na Bałtyku sztormem, gdzie prędkość wiatru osiągała 100 km/h. Uniemożliwiało to kontynuowanie marszu, oraz całkowicie nie pozwalało na przygotowanie nawet półstałego schronienia. Jednak Diabły przyjęły starą maksymę SAS, że "im cięższy trening, tym łatwiej w boju". Silny wiatr powodował lokalne burze piaskowe, co czyniło trening ten bardzo realnym i czterem Diabłom wydawało się, że była to jedyna okazja by przeżyć burzę piaskową tego roku. Wiosną, kiedy mieli się pojawić na Saharze, w tym regionie i o tej porze roku burze piaskowe są raczej niespotykane, a już na pewno nie z tak silnym wiatrem. Diabły mogły więc poćwiczyć stawianie namiotu przy wichurze z ostrym, kłującym nieosłonięte części ciała piaskiem, a padający śnieg na przemian z ciężkimi kulami gradu utrudniał marsz lub zmuszał do szukania schronienia i przeczekania złej pogody. Tego weekendu członkowie wyprawy mieli właściwie wszystkie niesprzyjające warunki jakie są tylko osiągalne na polskim wybrzeżu. Tak też szkoli się SAS, który przed wysłaniem swoich komandosów na pustynię, kieruje ich na ćwiczenia do Norwegii, gdzie skrajne warunki klimatyczne pozwalają się na nie uodpornić i przygotować do działań w niesprzyjających warunkach pogodowych.

    W ciągu tych ostatnich dni przed wyprawą trekkingową okazało się, że w wyniku pewnych okoliczności zamiast czterech Zielonych Diabłów pojedzie tylko dwóch, co zapowiadało, że czekać ich będzie znacznie więcej pracy na miejscu.
    Tak więc po kilku godzinach lotu, swoje nogi na kontynencie afrykańskim postawiło tylko dwóch członków GDL. Jednym z nich był Wolf - "weteran" Zielonych Diabłów, bardzo doświadczony w wyprawach na pustynię, nagrodzony i wyróżniony m.in. w Konkursie "Podróżnik Roku 2000" magazynu turystycznego "Podróże", za jedną ze swoich samotnych pieszych wypraw przez Saharę. Drugim zaś był niemniej doświadczony Szakal, odpowiedzialny w czasie tej wyprawy m.in. za logistykę. Zarówno Wolf, jak i Szakal, są doskonałymi spadochroniarzami i płetwonurkami.
    Diabły, już w pustynnej odzieży i z takimż wyposażeniem, udali się wprost z lotniska autobusem i autostopem na południe kontynentu, by już po całonocnej podróży znaleźć się w górzystym terenie Atlasu Saharyjskiego, na skraju niegościnnej Sahary.

Atlas Saharyjski

    Aby dotrzeć do miejsca znanego Diabłom jako Twierdza, lub też bardziej żartobliwie Stacja Arktyczna "Zebra", musieli pokonać prawie 20 kilometrów marszu przez kamienistą pustynną równinę, gdzieniegdzie porośniętą jeszcze zielskiem, jakie ostało się po wiosennych deszczach, oraz przemaszerować wąskim, górskim szlakiem z ok. 30 kilogramami na plecach i 15 litrowymi kanistrami z wodą w rękach, w jaką zaopatrzyli się w starym arabskim miasteczku. Sporą część wagi plecaka stanowiła woda, której już w panującym przed południem upale Diabły zużywały ok. 7-9 litrów na dobę. Marsz do Twierdzy zajął Diabłom prawie cały dzień. Stara czapka Afrika Korps Wolfa nasiąkła potem jak szmata. W godzinach południowych musieli szukać schronienia w wadi, wyschniętym korycie rzeki, przed wściekłym żarem lejącym się z nieba. Marsz był przerywany co godzinę na krótki odpoczynek, poprawienie ciężkiego ekwipunku, jak i wysmarowanie się kremem, który miał zabezpieczyć skórę przed niezwykle groźnymi w tym klimacie oparzeniami oraz wystąpieniem potówki. Dopiero wieczorem, tuż przed zachodem słońca, który tutaj zapada niezwykle szybko, dotarli do ruin Twierdzy, będącej kiedyś małą strażnicą pilnującą górskiej przełęczy, a pamiętającej jeszcze zapewne czasy Legii Cudzoziemskiej. Trzeba było jeszcze posprawdzać pozostawiony tu wcześniej sprzęt, "oczyścić" teren z węży i skorpionów, ustawić czujki i zabezpieczenia przed nieproszonymi gośćmi, przygotować się na niską temperaturę w nocy, i baza była gotowa. Pierwsza noc upłynęła na zmieniających się co 2 godziny wartach, a już wczesnym rankiem trzeba było udać się ponownie do miasteczka i przetransportować kolejne kanistry wody.

    Tak upłynęło kilka dni i tylko raz w czasie marszu już do Stacji Arktycznej, kilka kilometrów od miasteczka, zostali zaczepieni przez bandę miejscowych wyrostków, z których kilku nosiło charakterystyczne więzienne tatuaże. Zachowywali się neutralnie, ale chyba powstrzymywali się od poważniejszych zamiarów tylko ze względu na wojskowy wygląd Diabłów. Oznaczenia na ramionach mundurów w kolorze piasku, pustynne buty Wellco, wystające spod bluz pochwy noży, szereg innych elementów wyposażenia, jak i ostrzegawcze spojrzenia Diabłów powodowały, że w czasie towarzyszenia Diabłom prowadzili między sobą zaciekłą dyskusję zapewne o to, czy doprowadzić do konfrontacji czy nie. Pełna napięcia sytuacja trwała ładnych kilka kilometrów, w czasie których tubylcy pomagali Diabłom w niesieniu wody, spierając się między sobą i zagadując Diabłów łamanym angielskim i francuskim o stosunek do wojny w Iraku, czy lubią Saddama Husajna, o to czy są żołnierzami, czy jest ich tylko dwóch, czy jeszcze ktoś na nich czeka w pobliżu itp. Wolf z Szakalem nie zamierzali wyprowadzać ich z błędu i potwierdzali, że czeka na nich większa grupa, a oni transportują dla nich wodę z miasteczka. Te kilka kilometrów Diabły musiały pokonać w innym kierunku niż zamierzali, aby nie zdradzić położenia bazy. W końcu jednak widząc, że chyba ekwipunku Diabłów bez walki zdobyć się nie da, tubylcy odpuścili sobie dalsze towarzyszenie. Zapewne zamierzali zaatakować o zmroku, gdyż jak się później okazało szli śladem Diabłów i tylko przewaga wysokości, duża szybkość marszu Polaków oraz zapadający mrok spowodowały, że banda tubylców nie podjęła dalszego pościgu w zapadających ciemnościach.

    Ta sytuacja spowodowała, że Diabły zrezygnowały z dalszego transportu wody pitnej do bazy, m.in. ze względu na ryzyko jej wykrycia. Na szczęście zbudowane przez nich kondensatory wody dostarczały tych kilka dodatkowych litrów wody dziennie. Przez następne dwa dni i dwie noce poruszali się w górach jak za linią frontu, niemniej jednak każdego świtu nad Twierdzą pojawiała się biało–czerwona flaga i każdego zmierzchu flaga ta z honorami była ściągana z krótkiego masztu.

Szybki przerzut

    Nadszedł dzień dalszego trekkingu w stronę rzeki, która jak to w tym regionie bywa, była gęsto otoczona roślinnością. Aby jednak tam szybko dotrzeć Zielone Diabły miały zapewniony środek lokomocji. Mieli się jednak stawić o określonej godzinie i w określonym miejscu. Po kilku godzinach wyczerpującego marszu dotarli do wyznaczonego punktu dużo wcześniej, by nie ryzykować spóźnienia lub sytuacji, kiedy transport pojawiłby się wcześniej. Nie minęła godzina, kiedy na horyzoncie, punktualnie, pojawił się "środek transportu" - masywna lokomotywa spalinowa DN 308 ciągnąca za sobą kilkadziesiąt wagonów towarowych. Ze zgrzytem i piskiem stalowy potwór zatrzymał się na torach. Diabły szybko i sprawnie wskoczyły do lokomotywy, uważając by nie poparzyć rąk na grubych blachach lokomotywy rozgrzanych od słońca do kilkudziesięciu stopni Celsjusza. Maszyniści pociągu, starzy znajomi z poprzednich wypraw, serdecznie przywitali swoich przyjaciół częstując ich orzeźwiającymi napojami wprost z lodówki znajdującej się w lokomotywie. Wkrótce Wolf z Szakalem mieli niepowtarzającą się okazję, by pod okiem maszynistów na przemian kierować lokomotywą ciągnącą kilkusetmetrowy skład wagonów towarowych przez kilkadziesiąt kilometrów pustyni. Takiej nietypowej przygody nie przeżyje się wykupując nawet najdroższe wycieczki w biurach podróży.

Dżungla

    Po rozstaniu z arabskimi przyjaciółmi pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów marszu do rzeczki wijącej się wśród wysokich skał. Zależnie od pory roku rzeczka ta stanowi albo ledwo płynący strumyczek albo rwącą i niebezpieczną rzekę. Ale po okresie opadów i spłynięciu wody z gór była to rzeczka o kilku metrach szerokości, ale prowadząca wśród gęstej roślinności, przypominającej jako żywo tropikalną dżunglę. Ponieważ Diabły czekało wiele kilometrów marszu wzdłuż koryta rzeki, które miało ich wyprowadzić z gór na płaski obszar słonych jezior, musieli się wystrzegać infekcji, jak i ukąszeń, o które w takim wilgotnym i gorącym miejscu bardzo łatwo. Poruszanie się w takim terenie wymaga wyjątkowych umiejętności, których nie zdobędzie się z książek, ani w czasie bytowania w sosnowym lesie w Polsce. Mimo posiadanego doświadczenia w zdobywaniu żywności, Diabły korzystały z własnych racji żywnościowych, by uniknąć komplikacji żołądkowych lub złapania jakiejś tropikalnej choroby, co spotkało już kiedyś Wolfa. Takie działanie należy do standardowych procedur operacyjnych jednostek SAS. Polega się na tym, co ma się ze sobą lub na tym, co zostanie zrzucone z powietrza. Ponieważ to drugie w przypadku Diabłów nie wchodziło w rachubę, korzystali z tego co nieśli w ekwipunku. Dodatkowe doświadczenie trekkerzy zdobyli maszerując także w nocy, kiedy to musieli przeniknąć koło miejscowości znajdującej się nad rzeką. "Głos muezzina wzywającego z minaretu na ostatnią modlitwę wśród ciemności i takiego otoczenia robi kolosalne wrażenie" mówi Szakal.

Sahara

    Po kilku dniach marszu dotarli do lokalnej drogi, gdzie złapaną "okazją" mogli się zabrać na skraj piaszczystej części Sahary. Tam zobaczyli stojący nad horyzontem wysoki wał burzy piaskowej. Jak się miało okazać "burza piaskowa" na nadmorskich wydmach koło Łeby była tylko "lekkim testem sprawnościowym" - jak nazwał to potem Wolf - "Przeżyłem już kilka burz piaskowych, ale ta która dopadła nas na pustyni, wzbudziła jeszcze bardziej mój ogromny szacunek dla sił przyrody". Dwa dni marszu w czasie takiej burzy wymaga nieprzeciętnych umiejętności przetrwania oraz dużej wiedzy m.in. w nawigacji, kiedy kompas staje się bezużyteczny ze względu na naelektryzowane od latającego w powietrzu piasku. Tylko część zdjęć wykonanych przez Wolfa i Szakala obrazuje z jak ogromnym żywiołem się spotkali. Jeszcze pierwszego dnia musieli szybko przebrać się, by zabezpieczyć się przed atakującym zewsząd piaskiem pustyni. Widoczność spadła poniżej 50 metrów. Tani aparat fotograficzny, którym wykonali zdjęcia w czasie największego nasilenia burzy, nadaje się na śmietnik. Piasek dostawał się wszędzie, bo jest on o wiele drobniejszy od piasku spotykanego w Europie. Aby wydostać się z tarapatów musieli dotrzeć do przygranicznej szosy, a nią do oazy. Jednak burza zasypała drogę, a ograniczona widoczność sprawiła, że nie zauważyli jak przeszli szosę w poprzek. Po godzinie marszu zmienili kierunek, bo zorientowali się, że już przekroczyli drogę. Wkrótce dotarli do szosy, a następnie do oazy. Burza trwała jeszcze przez tydzień.

Weterani

    W drodze powrotnej do Polski Diabły postanowiły, że będą wracać w takim umundurowaniu, w jakim wędrowali w Afryce, czyli z "Polandami" i polskimi flagami na ramionach. W Polsce, na Okęciu, kiedy Diabły pojawiły się w hali przylotów, na ich widok tłum oczekujący bliskich wracających z wycieczek oraz wczasów zamarł i ucichł, a wśród ludzi rozeszły się szepty: "To komandosi z GROMu... Wracają z Iraku...". I jeszcze w pociągu, do którego Wolf wskoczył w ostatniej chwili, zostawiając za sobą w powietrzu chmurę saharyjskiego pyłu wylatującego z każdego szwu ubrania i zakamarka ekwipunku miał okazję spotkać się z podobnymi reakcjami. Na informację, że nie ma biletu, kierownik pociągu konspiracyjnym szeptem odpowiedział: "Przecież wiadomo skąd pan wraca. Weterani dziś jadą u mnie za darmo..."

Podsumowanie

    Kolejna wyprawa Green Devils Legion potwierdziła słuszność zdobywania doświadczenia w przetrwaniu i radzeniu sobie w niesprzyjających okolicznościach w czasie trekkingu w Afryce. W tym reportażu trudno przedstawić wszystkie przygody jakie spotkały tym razem trekkerów z GDL. Survival pustynny to trudny test dla wielu żądnych przygód wędrowców: piekielny upał w dzień, mroźne pustynne noce, grożące odwodnienie i oparzenia, zdobywanie żywności i cennej wody, ciągła dbałość o higienę i sprzęt, walka z żywiołami, trujące rośliny, niebezpieczne zwierzęta i owady, a czasem także i ludzie. Nie każdy może temu sprostać. Zielone Diabły udowodniły po raz kolejny, że gruntowną wiedzę z przetrwania można zdobyć tylko w skrajnie ekstremalnych warunkach.

Oprac. Saracen

(C) www.greendevils.pl
Artykuł publikowany był w MMS "Komandos" nr 9/2003
[więcej zdjęć z tej oraz innych wypraw pokażemy już w przebudowanym vortalu]